Kto nam skradł odciski palców
Dyskusje na tematy dowolne, dotyczące życia w Wielkiej Brytanii.
Kto nam skradł odciski palców
przez fatemeh » Sob Cze 05, 2010 10:20 pm
Kto nam skradł odciski palców
Dowiedzą się, kim jesteś. Gdzie pracujesz. Jak mieszkasz. Czego słuchasz. Kim są twoi znajomi. Co pijesz. Z kim śpisz. Wystarczy, że masz konto na Facebooku albo na Naszej-klasie. Używasz Twittera, Blipa albo Flickra. To tak proste, że nie byliśmy w stanie w to uwierzyć
Za chwilę ukradniemy tożsamość w internecie. Kobiecie, lat 29. Rudej. Ekonomistce, która lubi jeździć na nartach i zna się na komputerach. Nigdy jej nie widzieliśmy, ale na twardym dysku komputera mamy jej zdjęcia. Kradzione. Skopiowaliśmy je z profilu Rudej na Naszej-klasie.
Po co?
Chcemy się włamać. Na konto na Facebooku jej sławnej koleżanki.
Zdrada i kasa
4 lutego 2004 r. Mark Elliot Zuckerberg, 20-latek z White Plains w stanie Nowy Jork, siedzi w pokoju w akademiku Uniwersytetu Harvarda.
Za kilka minut razem z kumplami: Dustinem Moskovitzem, Chrisem R. Hughesem i Eduardo Saverinem, uruchomi serwis społecznościowy Facebook.
Zuckerberg jeszcze tego nie wie, ale stworzy tym samym trzecie co do wielkości państwo świata. Zaraz po Chinach i Indiach. Ponad 450 mln mieszkańców. Nie wie też, że dzięki Facebookowi zostanie najmłodszym miliarderem świata (212. miejsce, ponad 4 mld dolarów).
Na razie jest rudawym, cholernie zdolnym studentem, którego chce zatrudnić u siebie Microsoft i AOL. Uwielbia recytować kawałki "Iliady" Homera.
Na ironię zakrawa, że wszystko zaczęło się od włamu do komputerowego systemu uczelni. Zuckerberg ukradł zdjęcia studentek z kampusu. Fotki umieścił na stworzonej przez siebie stronie Facemash.com. Użytkownicy mogli oceniać, która studentka jest hot, a która nie.
Świństwo? Złamanie praw do prywatności?
- Prywatność przestała już być normą społeczną - twierdzi Zuckerberg.
Strona wisiała w sieci tylko przez cztery godziny, ale odniosła niesamowity sukces.
Głupie pytanie, ale skąd się znamy?
Nasza ofiara jest sławna. Występuje na pierwszych stronach gazet. W telewizyjnych wiadomościach. Zajmuje poważne stanowisko. I jest atrakcyjną kobietą. Dlatego (żartobliwie) nazwiemy ją: znaną fajną laską. W skrócie ZFL.
Chcemy się z nią zaprzyjaźnić - kto by nie chciał? - na Facebooku. Wiemy, że ma tam konto, bo mówiła o tym w wywiadzie. Nie znamy jej. Ona nie zna nas. Sprawdzimy, czy przyjmie nasze zaproszenie, zaakceptuje nas jako swoich wirtualnych przyjaciół.
Do diabła, przyznajmy, chcemy zobaczyć jej prywatne zdjęcia. Poznać prywatny numer telefonu. Z kim jest w związku? Z kim się przyjaźni? Co do nich pisze?
Kto nigdy nie miał takich pragnień, niech pierwszy rzuci myszą!
Odpalamy służbowy komputer. Klikamy: załóż nowe konto. Już po wszystkim. Możemy zacząć dodawać znajomych. Jaka jest szansa, że ZFL zaakceptuje zaproszenie od kompletnie obcej osoby?
Robimy test. Do 15 osób z naszej redakcji, które mają konta na Facebooku, wysyłamy zaproszenia. Jeden facet zapytał: "To głupie pytanie, wiem, ale moja skleroza tak mnie przeraża, że muszę je zadać - skąd się właściwie znamy?". Ale aż siedem osób się zgadza!
Dlaczego tak łatwo akceptujemy nieznajomych jako przyjaciół w internecie?
Czy pokazalibyśmy obcej osobie w tramwaju swoje zdjęcia z plaży? Oponę na brzuchu? Cellulit?
Zdradzili poglądy polityczne?
Ujawnili, że wczoraj rozstaliśmy się z kobietą/mężczyzną?
Nie! A w sieci nie mamy z tym problemu.
Smak sushi
33-letni Paweł z Gdańska chciał się zaprzyjaźnić z wychowawczynią swojego syna, a doprowadził ją do stanu przedzawałowego. - Po pierwszej wywiadówce w zerówce znalazłem ją na Naszej-klasie. Wysłałem jej zaproszenie do grona znajomych. Przysłała mi przerażonego maila: "Jak Pan mnie tu w ogóle znalazł?!? Jak to możliwe?!?".
- Większość internautów, która korzysta z serwisów społecznościowych, w ogóle nie ma świadomości, że to, co piszą, może zobaczyć każdy. Nie wiedzą, co widać na zewnątrz, nie wiedzą nawet, że można ich w serwisie znaleźć - mówi Michał Olszewski, który w Agorze odpowiada za internetowe społeczności.
Nasze dane osobowe są wywieszone w internecie niczym dzieła malarzy w muzeum narodowym. A nawet bardziej, bo kto dziś chodzi do muzeum?
Kilkanaście milionów Polaków ma konta na Naszej-klasie. Kilka milionów na Facebooku. Dbający o karierę zawodową tworzą profile na Profeo, GoldenLinie albo LinkedIn. Fotografowie są na Flickr albo Plfoto. Miłośnicy muzyki na Last.fm. Blogerzy na Blog.pl, Bloxie, mikroblogerzy na Blipie i Twitterze oraz Google Buzz.
Tylko 2 proc. internautów nie umieściło w sieci żadnych informacji na swój temat. Ponad dwie trzecie zamieściło w sieci swoje zdjęcie. O tym, gdzie mieszka, napisał co drugi. Co dziesiąty wyznał, gdzie pracuje, co trzeci zdradził prywatny numer telefonu. Datę urodzenia oraz imię i nazwisko podaje blisko 90 proc.
Serwisy społecznościowe są niczym piec. Żeby grzać, potrzebują danych. Informacji. O nas.
Co jadłeś? Gdzie spędziłeś weekend? Jak oceniasz hotel? A sushi smakowało? Czy możesz nam pokazać wyciąg ze swojej karty kredytowej? Za daleko? Przesadziliśmy z tą kartą?
Taki serwis w sieci już jest. Nazywa się Blippy. Wystarczy podać dane dotyczące karty kredytowej, a system automatycznie podzieli się tymi informacjami ze znajomymi na Facebooku czy Twitterze: "Paweł" wydał 23,56 dol. w Amazon.com, kupił "Unseen Academics" i rozmówki polsko-hiszpańskie. "Gosia X" wydała 19 dol. w iTunes, kupiła "Crazy" Britney Spears i album Eminema. Ten kupił podwiązki w sklepie na rogu, tamten - wydał 100 dol., na paliwo na tej stacji.
Kontrowersyjne? Twórcy Blippy twierdzą, że to przecież zabawa. A w dodatku pożyteczna. - Bo jeśli kupiłeś karnet do siłowni za 75 dol., znajomy może podpowiedzieć, że mogłeś go kupić o 10 dol. taniej. Albo, skuszony, też kupi ten sam karnet.
Przyjaciel mojej przyjaciółki
Chwila prawdy. Wpisujemy w wyszukiwarkę Facebooka imię i nazwisko ZFL. I co? Nic. Ucho od śledzia. Facebook mówi, że ZFL nie ma w gronie użytkowników serwisu. Nerwowo sprawdzamy warunki prowadzenia kont na Facebooku. Okazuje się, że jest możliwość chronienia swojej prywatności. Można zaznaczyć, że nie chce się być wyszukanym.
Większość internautów tego nie robi. Według tegorocznej ankiety amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu aż 65 proc. użytkowników Facebooka nie zmieniło ustawień prywatności na swoim profilu.
Nie chce im się?
Nie potrafią?
Mają to gdzieś?
ZFL jest inna. Zaznaczyła w ustawieniach swojego konta, że odszukać w serwisie mogą ją tylko przyjaciele i przyjaciele przyjaciół. Żeby w ogóle zobaczyć ZFL na Facebooku, musielibyśmy wpierw zaprzyjaźnić z jej przyjaciółką/przyjacielem!
Zakiełkował nam pomysł.
Zły. Wredny. Ale jakże pociągający.
A gdyby tak... podszyć się pod jej znajomych?
Ukraść internetową tożsamość?
Klaudia naga w wannie
Niebieskie płytki w łazience wyglądają na stare. Klaudia leży naga w wannie. Uśmiecha się kusząco. Kilka fragmentów jej ciała przykrytych jest pianą. A kilka nie. Pokaźny biust akurat nie. W tle solidna bateria szamponów i odżywek na półce. Podpis pod zdjęciem: "mMMM podczas kąpieli p".
Klaudia ma profil na Naszej-klasie. Tam też umieściła swoje zdjęcie. Ale my zobaczyliśmy je w blogu Naszaklasa.blox.pl.
Prowadzi go Łukasz. Do blogu wkleja np. zdjęcia panów i pań tańczących na rurach. Albo sikających na łonie natury. Ewentualnie pań, które prezentują się w ultrakrótkich spódniczkach mini - przy czym ultrakrótkich oznacza zaczynających się mniej więcej w połowie pośladka. Wszystkie zdjęcia pochodzą z Naszej-klasy.
Niewiele jest już go w stanie zdziwić. Czego nie pokazał? - Zdjęć kobiety na tle narządów rozrodczych koni w stadninie. Na jednej fotce pani nawet trzymała "to" w dłoni.
Dlaczego ludzie się nie wstydzą pokazywać z końskim penisem w dłoni? - pytamy badaczkę internetu Martę Klimowicz.
- Każdy w jakiś sposób chce zaistnieć, pokazać się innym. Jedni robią to, publikując prace naukowe, inni - opowiadając o swoim życiu erotycznym w blogu. Internet pozwolił na zaistnienie także tym osobom, które wcześniej nie miały dla siebie tego rodzaju przestrzeni. Zaczęliśmy dostrzegać głosy osób, z którymi wcześniej nie mieliśmy nic wspólnego, które nie znajdowały się w kręgu naszych przyjaciół. Stąd być może bierze się zaskoczenie takimi zachowaniami. Nie zgodziłabym się jednak z tezą, że to internet coś w ludziach zmienił. On raczej dał im możliwości, jakich wcześniej nie mieli. Tylko i aż tyle.
Czy prywatność w sieci przestała być normą społeczną?
- Absolutnie nie. Zmienia się może nieco jej rozumienie, świadomie lub nie rezygnujemy z zachowywania pewnych rzeczy w sferze prywatnej - twierdzi Klimowicz.
Przykład? - Fotorelacja z porodu na żywo za pośrednictwem serwisu mikroblogowego Blip - odpowiada Klimowicz.
Internauta minuta po minucie wrzucał na Blipa zdjęcia swojej rodzącej żony.
"Akademia rzucania błotem"
Jak dowiedzieć się, z kim przyjaźni się ZFL? To akurat proste. Użyjemy Naszej-klasy. ZFL ma tam konto. I 90 znajomych.
Wybieramy Rudą. Lat 29. Lubi jeździć na nartach i dobrze zna się na komputerach. Kopiujemy jej zdjęcie profilowe. I zapisujemy na twardym dysku.
Świństwo? Jak najbardziej.
Czy tłumaczy nas, że w internecie używanie cudzych zdjęć jest plagą? "Gazeta" niedawno pisała o przygodach Eweliny z Łodzi. 27-latce kolega wysłał maila, gratulując zdjęć na stronie Nasze-lasie.pl. Są tam, jak twierdzą założyciele, "najładniejsze i najseksowniejsze polskie" dziewczęta. Głównie półnagie.
- Zgłupiałam. Weszłam na tę stronę i zobaczyłam swoje wszystkie zdjęcia skopiowane wprost z mojego profilu na Naszej-klasie - opowiada Emila. - Chciałam to usunąć, ale niestety, na stronie nie było takiej możliwości.
My teraz, używając danych Rudej i jej zdjęcia, tworzymy profil na Facebooku.
- To fałszerstwo - ostrzega Michał Serzycki, główny inspektor ochrony danych osobowych.
Sam padł ofiarą podobnego kantu. Internauta zrobił jego fałszywy profil na NK. Zgodnie z nim inspektor miał się edukować w "Akademii Rzucania Błotem", oraz "Szkole Zawodowców o specjalizacji Wyplatanie turbanów". Profil, opatrzony zdjęciem Serzyckiego, szybko wykasowała administracja Naszej-klasy.
Co nam grozi? Pytamy eksperta. Dr Wojciech Machała, adwokat i wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, spec od prawa autorskiego, ma problem.
Bo intuicyjnie, owszem, każdy czuje, że coś jest nie w porządku.
- Ale znalezienie wyraźnej podstawy prawnej nastręcza trudności. Kolejny raz system prawny nie nadąża za rzeczywistością - mówi Machała.
Po zastanowieniu prawnik ostrzega, że możemy zostać oskarżeni o złamanie art. 267 kodeksu karnego ("Kto bez uprawnienia uzyskuje dostęp do informacji dla niego nieprzeznaczonej, otwierając zamknięte pismo, podłączając się do sieci telekomunikacyjnej lub przełamując albo omijając zabezpieczenie elektroniczne, magnetyczne, informatyczne..."). Grożą nam dwa lata pozbawienia wolności, kara ograniczenia wolności albo grzywna.
Do tego dochodzi odpowiedzialność cywilna. - Zastanawiałbym się nad możliwością uznania tego zachowania za naruszenie prawa do prywatności - ostrzega Machała. I dodaje. - Wśród dóbr osobistych wymienionych w art. 23 kc jest nietykalność mieszkania - w sensie sfery życia prywatnego. Może warto byłoby stworzyć nowe dobro osobiste: nietykalność profilu na Facebooku?
Ryzykujemy. Sprawdzamy, kto ze znajomych ZFL na Naszej-klasie ma również konto na Facebooku. Ma połowa. Wysyłamy do nich prośbę o przyjęcie koleżanki z liceum do grona przyjaciół.
Przyjmą? Nie przyjmą?
"Pieprz się, Google'u"
Taki wpis w blogu opublikowała kilka tygodni temu amerykańska feministka Harriet Jacobs. Poszło o Google Buzz. To taki a la Twitter, który koncern za jednym zamachem podpiął wszystkim użytkownikom poczty Gmail w lutym br. Nie pytając nikogo o zdanie.
W większości serwisów społecznościowych internauci sami wybierają, kogo dodać do znajomych, Buzz robił to za nich. Do listy znajomych automatycznie wybierał tych, do których często pisali maile. Nic wielkiego?
U Jacobs na liście jej kontaktów oprócz matki i aktualnego partnera znalazł się jej eksmąż. Wyjątkowy drań. Z miejsca uzyskał dostęp do jej obecnych kontaktów, a także komentarzy, które umieszczała w sieci za pomocą innego narzędzia - Google Reader. - Zwykle dzieliłam się nimi z chłopakiem, bo jakoś nie miałam powodu, by przed nim ukrywać ani to, gdzie jestem w danej chwili, ani miejsca pracy.
W przeciwieństwie do swego byłego męża, z którym chciała porozumiewać się tylko za pośrednictwem prawnika.
Polityka Google'a wkurzyła inspektorów ochrony danych osobowych z różnych krajów świata. Pod koniec kwietnia 10 z nich (z Kanady, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Irlandii, Izraela, Holandii, Hiszpanii, Włoch oraz Nowej Zelandii) wystosowało do koncernu list. "Niepokoi nas, że prawa obywateli świata do prywatności zostają spychane na bok, gdy Google uruchamia nowe usługi".
W kwietniu niemiecki rząd i tamtejsze organizacje konsumenckie odradziły internautom korzystanie z Facebooka. Ich zdaniem serwis narusza przepisy o danych osobowych.
W liście do Facebooka niemiecka minister ds. ochrony konsumentów Ilse Aigner zagroziła, że jeśli Facebook nie jest gotowy na zmianę polityki prywatności i usunięcie rażących uchybień, to będzie zmuszona... zrezygnować z członkostwa w tym portalu społecznościowym.
Czy Facebook się już boi? Tego nie udało nam się dowiedzieć.
Jeeeeest!!!!!!!!!
Pierwsza zaproszenie Rudej przyjęła Aneta. 15 minut po wysłaniu go przez nas.
Jest bezużyteczna. Nie zna ZFL. Druga była Magdalena godzinę później. To samo. Ale Justyna chce się przyjaźnić z Rudą i zna ZFL!!!
Na to czekaliśmy od trzech dni. Wysyłamy zaproszenie do Znanej Fajnej Laski.
Czy czujemy emocje?
Flickr wszędzie cię znajdzie
W warszawskim parku Szczęśliwickim stoi piękna kobieta w kusej spódniczce. Robi zdjęcia iPhone'em i wrzuca od razu do internetu.
Mężczyźni wzdychają z podziwem na widok jej nóg. Jeden z nich siada przed komputerem. W ciągu pięciu minut dowiaduje się, że kobieta nazywa się Sabina Piotrowska mieszka przy ul. Opaczewskiej, w dwupokojowym mieszkaniu, ma kota Romana, a w salonie trzyma dziwną indiańską rzeźbę.
Senny koszmar z przyszłości? Nie. Owszem, Sabina Piotrowska nie istnieje. Ale reszta? Jest jak najbardziej możliwa. Udowodnił to Mathew Honan, dziennikarz magazynu "Wired". A kobietę robiącą zdjęcie telefonem komórkowym zobaczył w parku w San Francisco niedaleko mostu Golden Gate.
Przeciętny użytkownik o tym nie wie, ale iPhone do każdego zdjęcia dołącza geodane (przybliżone współrzędne GPS). Wystarczy znaleźć zdjęcie, aby dowiedzieć się, gdzie zostało zrobione.
Szukanie zdjęć po całej sieci jest oczywiście żmudne. Ale w jednym z najpopularniejszych serwisów społecznościowych dla miłośników fotografii Flickr jest specjalna mapa świata utkana ze zdjęć. Honan kliknął na teren parku i zobaczył, kto robił tego dnia tam zdjęcia. Stąd już tylko jeden ruch myszką dzielił go od tego, aby poznać wszystkie zdjęcia kobiety na Flickrze. A wśród nich foto z kuchni, sypialni, salonu. Od biedy dałoby się ustalić, pod jaką długością i szerokością geograficzną stoi jej ekspres do kawy.
Spektakularne? Owszem.
To jednak nic w porównaniu z tym, co robią internauci skupieni wokół forum 4chan dla sieciowych geeków. Czarnoskórą nastolatkę z Bronxu, która dręczyła zwierzęta, namierzyli dzięki zdjęciom zamieszczonym na jej profilu w serwisie MySpace. Na jednym była widoczna linia kolejowa i charakterystyczny budynek. Internauci przeczesali Bronx, korzystając ze zdjęć satelitarnych Google Maps. Odnaleźli miejsce na fotografii, po dłuższej dyskusji ustalili, z jakiego kąta i wysokości zostało zrobione. I tak wytypowali konkretny budynek. Później adres i telefon.
O znęcaniu się nad zwierzętami poinformowali lokalną policję, wydzwaniali do dręczycielki, zamawiali też na jej adres stosy pizzy, darmowe Biblie, Korany oraz laski dla niewidomych.
ZFL jest wstawiona
ZFL zaakceptowała nasze zaproszenie.
Wchodzimy na jej profil. I co?
Zdjęcie numer jeden. ZFL mocno wstawiona obejmuje koleżankę, ściskając w dłoniach butelki z piwem. Zdjęcie numer dwa. ZFL mocno wstawiona na imprezie. Zdjęcie numer trzy. ZFL kuso ubrana tuli się do mężczyzny numer 1. Zdjęcie numer cztery. ZFL kuso ubrana tuli się do mężczyzny numer 2. Na jednej fotce widać pistolet ukryty za podwiązką. Ale twarzy nie. Długość nóg na oko pasuje, papieros w dłoni też - ZFL? Ale paznokcie niepomalowane na czerwono? Ona czy nie? Na innych zdjęciach ta czerwień zwraca uwagę. Była w Maroku. Surfuje? Prawdopodobne - podczytuje magazyn lifestyle'owy "Huck" poświęcony głównie surfingowi i snowboardom. Ulubione strony na Facebooku pokazują, że lubi Woody'ego Allena, Stanisława Grzesiuka czy Banksy'ego, sławnego grafficiarza. Jeśli muzyka, to z pewnością irlandzkiej wokalistki Róis~n Murphy. Są strony kulturalne - galerii sztuk - oraz sklepów z ciuchami, jak obuwniczy sklep 400 Rabbits. Mamy jej numer telefonu. Znamy jej przyjaciół. Co możemy z tym zrobić? O to zapytamy pana Sebastiana.
Google mnie nie zna
Siedzimy razem w eleganckiej kamienicy w centrum Warszawy. Sebastian, lat 35, jest windykatorem. Poprosił o to, aby być anonimowy. Jak twierdzi, znacząco zwiększy to jego szczerość. Informacji z serwisów społecznościowych używa do pracy.
- Do windykacji najlepsza jest Nasza-klasa. Założyłem tam fikcyjne konto. Mam 700 ziomali. Ludzie sami mnie zapraszają. Dorzuciłem dla ściemy kilka zdjęć przyrody. Jak przychodzą akta od klientów, wstukuję w Naszą-klasę ich nazwiska.
- I?
- Ludzie lubią się pochwalić tym, co mają. Wczoraj wysłałem zdjęcie z Naszej-klasy do komornika. Dłużnik siedział z dzieckiem na motorze Ducati. Może jego, może nie jego, komornik będzie miał już jakiś ogląd na sprawę, jak pójdzie na czynności. Jeśli pani ZFL ma długi, można zobaczyć, czy na zdjęciach nie widać jej domu. Albo samochodu. Komornik może je zająć.
- Tylko tyle?
- Jeśli w sieci jest jej domowy adres, ktoś może się do niej włamać. Na podstawie statusów na Facebooku można przecież ustalić, kiedy jest w domu, a kiedy w pracy. Można też tą panią szantażować.
- ???
- Ostatnio znajomego spotkał wypadek, jaki przewidziałem, oglądając po raz pierwszy Naszą-klasę. Ktoś z fikcyjnego konta do wszystkich jego znajomych rozesłał informację o wyrokach, jakie na nim ciążą. Wredne, ale skuteczne. Raz-dwa się zwinął z Naszej-klasy - śmieje się pan Sebastian. - W tym przypadku można zagrozić, że wyśle się jej zdjęcia do przełożonych w firmie. Do jej partnerów biznesowych z któregoś z serwisów dla profesjonalistów, jak LinkedIn.
- I co z tego? Uznają po prostu, że kobieta lubi się dobrze bawić.
- Czy są panowie przekonani, że zależy jej na takim wizerunku?
- A pan jest na Naszej-klasie? Pod swoim nazwiskiem? - pytamy jeszcze na koniec.
- Nie. Ja nie zamieszczam o sobie żadnych informacji w internecie.
W redakcji zapytaliśmy o pana Sebastiana osobę, która o internecie wie prawie wszystko. Panie Google, niech nam pan powie coś o Sebastianie.
Nie wyskoczyło nic.
Facebook donosi szefowi
Maj 2009. Paweł, biały kołnierzyk z jednej z warszawskich korporacji, na Facebooku ma 160 znajomych. Numerem 160. został jego szef. - Długo się zastanawiałem, czy go dodać, czy nie, ale... wolałem się nie zastanawiać, jak by zareagował, gdybym zignorował jego zaproszenie - mówi.
Szefa dodał. Przeżył szok, gdy po powrocie z kilkudniowego urlopu szef porozumiewawczo mrugnął okiem i klepiąc po ramieniu, powiedział: "Nooo, Paweł, widziałem, że nieźle się bawiłeś".
- Zatkało mnie. A potem na Facebooku zobaczyłem, że znajomy, u którego byłem na imprezie, wrzucił zdjęcia. A ja na nich... zapruty w trzy dupy - mówi Paweł.
Imprezowy znajomy szefa Pawła nie znał. Nie szkodzi. W zwykłym albumie znajomy Pawła wrzuciłby zdjęcie za folię, album odstawił na półkę. Prawdopodobieństwo, że zobaczyłby je szef Pawła? 0,00000000000001 proc. A może i mniej. Na Facebooku jest prościej. Wrzucasz zdjęcia i podpisujesz osoby, np. Paweł X. A Facebook zadziałał jak posłaniec - każdemu ze znajomych Pawła, w tym jego szefowi, wyświetliła się informacja: "Paweł został oznaczony na zdjęcie" (serwis w polskiej wersji ma kłopoty z odmianą przez przypadki). Wystarczyło kliknąć.
Lato 2009. 29-letnia Nathalie Blanchard zamieszcza na Facebooku swoje zdjęcia z baru ze striptizerami oraz fotkę, na której pręży się w skąpym bikini na plaży.
Blanchard pracowała w kanadyjskiej filii IBM. Do czasu, aż - przynajmniej według jej wersji - zdiagnozowano u niej poważną depresję. Wzięła wolne i utrzymywała się z pieniędzy wypłacanych przez jej firmę ubezpieczeniową Manulife Financial.
Jesienią pieniądze nagle przestały wpływać na jej konto.
Gdy zadzwoniła do agenta ubezpieczeniowego, by wyjaśnić sprawę, usłyszała, że... jej zdjęcia na Facebooku sugerują, że jest zdolna do pracy.
Manulife w komunikacie wysłanym mediom podkreślało tylko, że "nigdy nie odmówiłoby ani nie unieważniłoby umowy, opierając się wyłącznie na informacjach publikowanych na takich stronach internetowych jak Facebook". Ale nie zaprzecza, że zaglądało na profil swojej klientki w serwisie społecznościowym.
Blanchard zabrano tylko ubezpieczenie. Dla mieszkanki Norwegii podobny przypadek skończył się odsiadką. Za wyłudzenie nienależnych zasiłków sąd skazał ją na pół roku aresztu. 25-letnia kobieta twierdziła, że samotnie wychowuje dwie dziewczynki, i przez dwa i pół roku wyciągnęła z pomocy społecznej ok. 40 tys. euro. Ale w serwisie społecznościowym Nettby.no namierzyła ją organizacja Norwegian Labour and Welfare. Jej pracownicy zauważyli, że na profilu kobieta chwaliła się partnerem - jak się później okazało, mieszkali razem.
Przypadek Kanadyjki i Norweżki dowodzi jednego - mało kto zwraca uwagę na to, co wrzuca do sieci. Tymczasem firmy coraz częściej właśnie w internecie szukają informacji o potencjalnych pracownikach. W Niemczech robi tak już jedna trzecia pracodawców.
Zdaniem Michała Serzyckiego, głównego inspektora ochrony danych osobowych, studentowi wydaje się zabawne, że zamieści w sieci zdjęcie, na którym pali skręta z marihuaną. Albo pije wino z butelki. Albo dwa wina naraz.
Ale?
- Za dwa, trzy lata ktoś przez takie zdjęcie może go nie przyjąć do pracy - ostrzega Serzycki. - Co z tego, że to sprzeczne z kodeksem pracy. Nikt przecież nie powie publicznie: "Nie został pan przyjęty przez zdjęcie z butelkami piwa".
O tym, że pracodawca może nie mieć poczucia humoru, na własnej skórze przekonał się pracownik Banku Spółdzielczego w Suszu. Na Naszej-klasie oprócz zdjęć z imprez zamieścił zdjęcie przy biurku w pracy. Ktoś się oburzył i wysłał list do banku. A bank pracownika zwolnił.
Sprzedawani
Adresy e-mailowe na czarnym rynku sprzedaje się na wagę - plik ważący 1 MB kosztuje od 1,7 dol. do 15 dol.
Za komplet danych o konkretnej osobie (imię, nazwisko, adres, numery SSN [amerykańskiego ubezpieczania] czy PESEL) płaci się od 70 centów do 20 dol. Za dostęp do danych e-mail (hasło, login, informacje o właścicielu) - od 1 dol. do 20 dol.
Z danych umieszczanych przez internautów w serwisach społecznościowych skwapliwie korzystają cyberprzestępcy. Na prywatne konto pocztowe jednego z menedżerów Twittera anonimowy haker włamał się, zgadując odpowiedź na tzw. pytanie pomocnicze.
Skąd je znał? Zwykle internauci jako pytanie pomocnicze wybierają "nazwisko panieńskie matki" lub "imię psa". - Cóż, w świecie, gdy każdy dzieli się na Twitterze każdym aspektem życia, imiona dzieci i zwierząt są publicznie dostępne i nawet najgłupszy haker może na nie trafić - skomentował Biz Stone, współzałożyciel Twittera.
Haker wykradł m.in. plany finansowe Twittera i plan telewizyjnego show opracowywany przez serwis we współpracy z amerykańską stacją.
Serwisy społecznościowe drenują też tajne służby kapitalizmu. Specjaliści od internetowego marketingu.
Na Facebooku można przyłączyć się do dowolnej grupy fanów: serialu „Dr House”, bigosu czy „Wkurwia mnie mówienie »dwutysięczny dziesiąty «" - założyciele tej ostatniej przekonują, że profesorowie Bralczyk i Miodek dołączyliby do niej, gdyby mieli konto na „Fejsie”. Jest tu nawet grupa: „My sister said if i get one million fans she will name her baby Megatron” (Moja siostra obiecała, że jeśli zgromadzę milion fanów na Facebooku nazwie swoje dziecko Megatron). Grupa ma 1,7 mln fanów. Megatron będzie chłopcem i według lekarzy urodzi się około 8 sierpnia.
Internauci rzadko jednak zdają sobie sprawę, że część z tych grup zakładają specjaliści od marketingu. Np. niewinnie wyglądająca strona "Wiosno, napierdalaj" (w sensie: "Oczekujemy cię z radością") ma na Facebooku ponad 35 tys. fanów, podobnie jak "Zimo, wypierdalaj" (to dla tych, którym zima dała się we znaki). Ale nie jest to grupa założona z inicjatywy dowcipnych internautów.
Co mogą z nimi zrobić marketerzy? - Wykorzystać ten "tłum baranów" - jak to określił jeden z naszych rozmówców - by rozkręcać inne strony dla fanów na Facebooku.
Np. polecić markę perfum. Albo serek. Gdyby nie mieli fanów na stronach o wiośnie i zimie, musieliby dotrzeć do nich w inny sposób. Np. wykupić reklamy na Facebooku. Z reklamą - wiadomo. Internauta jej nie ufa. Z definicji. Do polecenia na "Wiosno, napierdalaj" podejdzie mniej ostrożnie. Lub wręcz entuzjastycznie. W końcu to prawie kumpel. Agencja od "Wiosno, napierdalaj" i "Zimo, wypierdalaj" chwali się, że jej "strony dla fanów" docierają do ponad 100 tys. osób.
Epilog
Piszemy maila do ZFL. Że przepraszamy. Że może to ciężko teraz jej zrozumieć, ale działaliśmy w interesie społecznym. I że głupio nam, ale mamy kilka pytań.
Dlaczego założyła konto na Facebooku?
Czy się nie bała, że ktoś z jej znajomych złośliwie wykorzysta zdjęcia na których jest wstawiona?
I czy się nie boi, że ktoś jeszcze zyska dostęp do jej danych na Facebooku?
Ale ZFL nie chciała komentować sprawy.
Nasz fałszywy profil, który posłużył do podejrzenia ZFL, Facebook usunął dopiero po sześciu miesiącach.
Tyle czasu minęło, zanim jego administratorzy dowiedzieli się, że ktoś (czyli my) podszył się pod Rudą.
Piotr Miączyński; Tomasz Grynkiewicz
-

fatemeh - Posty: 321
- Rejestracja: Pon Paź 27, 2008 9:06 pm
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez cayuga » Sob Cze 05, 2010 10:47 pm
Facebook gives users' names to advertisers and Violates own privacy policy
Facebook has been giving advertisers data that they can use to discover users' names and locations, contrary to its privacy policy.
The dominant social network tells users it won't share their details without consent, but according to the Wall Street Journal, it has handed over information that advertisers can use to look up individual profiles.
MySpace had a similar loophole, it's reported. Both sites said they were making changes to stop the handover.
Advertisers were getting reports whenever users clicked on their ads, as is typical across the web. However, Facebook and MySpace's reports contained the URL of the user's profile page, which often included their real name or user name. Neither site had bothered to obscure the data, in breach of their own privacy policies.
It's just the latest privacy failing by Facebook, which has suffered heavy criticism this month. Major changes to its privacy settings are expected after it decided to publish users' private information, and IM transcripts showed CEO Mark Zuckerberg calling those same users "dumb fucks" for trusting him with their data. ®
http://www.theregister.co.uk/2010/05/21/facebook_ads/
Powyzsze to jest kolejny przyklad + potezne systemy komputerowe ktore tworza "mapy" kazdej informacji dostepnej na fejsbuku wlaczajac w to dane tele adresowe (kompletne) - przyklad: integracja narzedzi facebooka w smartphone'ach (do tego dochodzi geolokacja ktora rowniez jest zintegrowana), wspolczesnych systemach operacyjnych i innych urzadzeniach nie mowiac rowniez o profilach na innych portalach.
W 100% zgadzam sie z zalozycielem facebooka i rowniez uwazam ze ludzie ktorzy podaja tam swoje dane to "dumb fucks".
Dla tych co nie doczytali powyzej zacytuje te slowa jeszcze raz:
Mark Zuckerberg calling those same users "dumb fucks" for trusting him with their data. ®
Kiedys Wojti pisal o czipach wszczepianych pod skore - takie technologie byly testowane w stanach i kazdy sie smial. Oczywiscie nikt by sobie takiego czipa nie zaaplikowal ze wzgledu na "brak prywatnosci" - uwazam ze nie jest to juz potrzebne. Ludzie "zaczipowali" sie sami i jeszcze sa z tego zadowoleni
Powyzsze to oczywiscie moja prywatna opinia i prosze nie brac tego do siebie tylko sie zastanowic co publikujecie...
Is é Dia amháin a thabharfaidh breithiúnas orm...
-

cayuga - Posty: 1110
- Rejestracja: Pon Paź 06, 2008 3:20 pm
- Miejscowość: Leeds
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez efkolaia » Sob Cze 05, 2010 10:49 pm
cayuga napisał(a):
W 100% zgadzam sie z zalozycielem facebooka i rowniez uwazam ze ludzie ktorzy podaja tam swoje dane to "dumb fucks".
dzieki cayuga
“Pinky, Are You Pondering What I’m Pondering?”


-

efkolaia - Posty: 547
- Rejestracja: Wto Paź 07, 2008 10:53 pm
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez cayuga » Sob Cze 05, 2010 10:54 pm
efkolaia napisał(a):cayuga napisał(a):
W 100% zgadzam sie z zalozycielem facebooka i rowniez uwazam ze ludzie ktorzy podaja tam swoje dane to "dumb fucks".
dzieki cayuga
Przeczytaj do konca:
cayuga napisał(a):Powyzsze to oczywiscie moja prywatna opinia i prosze nie brac tego do siebie tylko sie zastanowic co publikujecie...
Poza tym sa to slowa wypowiedziane przez samego zalozyciela... Ja tylko twierdze ze sie z nim zgadzam
Moze na poczatku bylo to cos fajnego ale przerodzilo sie w cos innego i niektorzy nie zauwazaja pewnych aspektow na ktore staram sie niektorych uczulic... Mam nadzieje ze dosadne okreslenie i wlasciwie nazwanie rzeczy po imieniu otworzy niektorym nieco oczy i da do myslenia...
Is é Dia amháin a thabharfaidh breithiúnas orm...
-

cayuga - Posty: 1110
- Rejestracja: Pon Paź 06, 2008 3:20 pm
- Miejscowość: Leeds
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez efkolaia » Sob Cze 05, 2010 11:01 pm
wiesz ze ja się zawsze czepiam i doczytałam do końca
i po części tez się zgadzam. ludzie nie zdają sobie sprawy jakie informacje o sobie publikują. często nie dbają o to po prostu często po prostu nie wiedza ze wszyscy mogą mieć do tego dostęp. wiadomo mało kto czyta regulaminy takich stron. a potem tak jak mój kolega dostaje rozstroju nerwowego i ląduje w szpitalu bo 20 Rosjan śledzi go na twitterze. ja tam nie mam nic do takich stron pod warunkiem ze się za bardzo na nich nie uzewnętrzniasz.
trzeba pamiętać ze co raz zostanie opublikowane w internecie zostaje tam na zawsze
trzeba pamiętać ze co raz zostanie opublikowane w internecie zostaje tam na zawsze
“Pinky, Are You Pondering What I’m Pondering?”


-

efkolaia - Posty: 547
- Rejestracja: Wto Paź 07, 2008 10:53 pm
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez cayuga » Czw Lip 08, 2010 3:36 pm
Facebookowa obsesja coraz większa. Ludzie się uzależniają
Coraz więcej Amerykanów uzależnia się od portalu społecznościowego Facebook - donosi Agencja France Presse. Z najnowszych ankiet wynika, że w przypadku 34 proc. kobiet w wieku od 18 do 34 lat wejście na Facebooka jest pierwszą rzeczą, którą robią po przebudzeniu.
Badania przeprowadzone w maju i czerwcu przez firmę Lightspeed Research dla Oxygen Media wykazały, że 39 proc. z 1,6 tys. użytkowników mediów społecznych w wieku od 18 do 54 lat przyznaje się do uzależnienia od Facebooka.
57 proc. młodych kobiet stwierdziło, że częściej komunikują się z ludźmi za pośrednictwem internetu niż w rzeczywistości, przy czym 31 proc. z nich woli swój wirtualny wizerunek od realnego. Ich uzależnienie daje o sobie znać nie tylko rano, gdy zasiadają przy komputerze, zanim jeszcze umyją zęby, ale również nie pozwala im spokojnie spać. 26 proc. kobiet wstaje w nocy, by sprawdzić wiadomości.
63 proc. kobiet używa Facebooka jako narzędzia ułatwiającego kontakty w życiu zawodowym. Dla prawie połowy Amerykanek Facebook stanowi źródło bieżących wiadomości. 64 proc. samotnych mężczyzn i 50 proc. kobiet uważa, że Facebook ułatwia poznanie i spotkanie innych singli.
Ankieta wykazała również, że młodym mężczyznom znacznie łatwiej niż kobietom zaprzestać używania Facebooka (24 proc. w porównaniu z 9 proc. kobiet).
Jak jednak wynika z informacji udostępnionych przez serwis InsideFacebook.com, widoczny jest spadek liczby nowych użytkowników w USA. W czerwcu Facebookowi przybyło jedynie 320 zwolenników, podczas gdy w maju było ich aż 7,8 mln.
http://tech.wp.pl/kat,1009785,title,Fac ... omosc.html
coz moge powiedziec... chyba tylko... myjcie sie dziewczyny...
Is é Dia amháin a thabharfaidh breithiúnas orm...
-

cayuga - Posty: 1110
- Rejestracja: Pon Paź 06, 2008 3:20 pm
- Miejscowość: Leeds
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez fatemeh » Śro Lip 28, 2010 11:08 pm
Personal details of 100m Facebook users have been harvested and published on the net by a security consultant.
Ron Bowles used a piece of code to scan Facebook profiles, collecting data not hidden by the user's privacy settings.
The list, which has been shared as a downloadable file, contains the URL of every searchable Facebook user's profile, their name and unique ID.
Mr Bowles said he published the data to highlight privacy issues, but Facebook said it was already public information.
The file has spread rapidly across the net.
On the Pirate Bay, the world's biggest file-sharing website, the list was being distributed and downloaded by more than 1,000 users.
One user, going by the name of lusifer69, described the list as "awesome and a little terrifying".
In a statement to BBC News, Facebook said that the information in the list was already freely available online.
"People who use Facebook own their information and have the right to share only what they want, with whom they want, and when they want," the statement read.
"In this case, information that people have agreed to make public was collected by a single researcher and already exists in Google, Bing, other search engines, as well as on Facebook.
"No private data is available or has been compromised," the statement added.
'Privacy confusion'
But Simon Davies from the watchdog Privacy International told BBC News that Facebook had been given ample warning that something like this would happen.
"Facebook should have anticipated this attack and put measures in place to prevent it," he said
"It is inconceivable that a firm with hundreds of engineers couldn't have imagined a trawl of this magnitude and there's an argument to be heard that Facebook have acted with negligence, he added.
Mr Davies said that the trawl of data fed into "the confusion of the privacy settings".
"People did not understand the privacy settings and this is the result," he said.
Earlier this year there was a storm of protest from users of the site over the complexity of Facebook's privacy settings. As a result, the site rolled out simplified privacy controls.
Facebook has a default setting for privacy that makes some user information publicly available. People have to make a conscious choice to opt-out of the defaults.
"It is similar to the white pages of the phone book, this is the information available to enable people to find each other, which is the reason people join Facebook," said a spokesman for the firm.
"If someone does not want to be found, we also offer a number of controls to enable people not to appear in search on Facebook, in search engines, or share any information with applications."
But Mr Davies disagreed, saying the default settings should be changed.
"This highlights the argument for a higher level of privacy and proves the case for default nondisclosure," he said.
"There are going to be a lot of angry and concerned people right now who be wondering who has their data and what they should do."
However, Mr Davies pointed out that this was something of an "ethical attack" and that more personal information, such as email addresses, phone numbers and postal addresses had not been included in the trawl.

http://www.bbc.co.uk/news/technology-10796584
-

fatemeh - Posty: 321
- Rejestracja: Pon Paź 27, 2008 9:06 pm
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez fatemeh » Wto Paź 19, 2010 7:01 pm
Nasz ukochany Facebook - cdn
http://wyborcza.pl/1,75477,8532826,Dziu ... booku.html
Dziura w Facebooku
Tomasz Grynkiewicz, wsj.com 2010-10-19, ostatnia aktualizacja 2010-10-19 08:19:01.0
Wyciek z największego serwisu społecznościowego świata - miliony użytkowników Facebooka nieświadomie przekazywało dane o sobie i znajomych firmom marketingowym. I firmom śledzących ludzi w sieci
Z Facebooka, internetowego molocha, w którym konta ma ponad pół miliarda osób z całego świata (w Polsce ponad siedem milionów), dane użytkowników wyciekały do firm trzecich.
Kogo dotyczy wyciek? Praktycznie każdego, kto kiedykolwiek używał jakiejś aplikacji na Facebooku - np. gry (zajmowałeś się hodowlą świń i uprawą warzyw w grze "FarmVille", najpopularniejszej grze Facebooka?), aplikacji pomagającej odtworzyć w serwisie swoje drzewo genealogiczne, albo programu losującego wróżbę na dany dzień.
Jak pisze poniedziałkowy dziennik "The Wall Street Journal", aplikacje te wyciągały od użytkowników tzw. "Facebook ID" - unikalny numer, przypisywany każdemu użytkownikowi serwisu.
Ten fejsbukowy PESEL nie jest zastrzeżony - jeśli go znasz, z łatwością sprawdzisz, jak nazywa się jego użytkownik. Wystarczy wpisać numer w przeglądarce internetowej. I nawet jeśli użytkownik zastrzegł, że chce, by wszystkie dane na Facebooku były niedostępne, poznasz niektórych jego znajomych i zainteresowania. Innych danych - już nie.
W większości przypadków użytkownik zgadza się, by aplikacja korzystała z jego danych.
Amerykański dziennik wytropił, że dane te trafiały, niezgodnie z zasadami Facebooka, do ponad dwudziestu zewnętrznych firm - głównie zajmujących się reklamą w internecie oraz do firm, które zarabiają na tworzeniu baz danych o internautach.
Jedna z nich - RapLeaf z San Francisco - łączyła dane z Facebooka (w tym numer ID) z własną bazą profili internautów. I tak przygotowane dane sprzedawała dalej, wrzucała je też do specjalnych plików, nazywanych ciasteczkami (z ang. cookies).
Ciasteczka w internecie to rzecz powszechna - stosują je banki, YouTube, Nasza-klasa, eBay, Allegro, portale informacyjne. Po co? Umożliwiają właścicielowi danej strony zebranie informacji o konkretnym użytkowniku - jakie filmy u nich ogląda, co czyta etc. Stosują to np. e-sklepy, które na podstawie takich danych podpowiadają klientowi kolejne zakupy (robi tak choćby Amazon), portal może wyświetlić reklamę bardziej dopasowaną do gustów internauty, informacje o użytkownikach zbierają agencje reklamowe. YouTube dzięki ciasteczkom zapamiętuje np. poziom głośności klipów, jaki ustawił internauta. Serwisy z grami zapamiętują np. punkty zdobyte przez internautę.
Sęk w tym, że te dane są zbierane anonimowo - tzn. dzięki ciasteczku wiadomo, że użytkownik łączący się z tego komputera odwiedzał taką stronę, a "Higway to Hell" AC/DC słuchał na maksymalnej głośności. Ale jeśli dołączy się do tego numer z Facebooka - nagle wiadomo, jak się ten anonimowy internauta nazywa.
RapLeaf zapewnia, że usuwa z ciasteczek informacje umożliwiające identyfikację osób. Gdy jednak "WSJ" zapytał go o fejsbukowy PESEL, przedstawiciel firmy mógł jedynie odpowiedzieć: "Nie zrobiliśmy tego celowo".
Każda z 12 spółek, którym RapLeaf później sprzedała zgromadzone dane, zapewnia, że ich nie przechowuje i z nich nie korzystała.
Czy wszystkie spośród 550 tys. aplikacji na Facebooku gromadziły i przekazywały dane? Nie wiadomo. Dziennikarze "WSJ" sprawdzili jednak, że problem dotyczy na pewno dziesięciu najpopularniejszych (w tym gier: FarmVille czy Texas HoldEm Poker). A w nie co miesiąc gra po 30-60 mln użytkowników. Jak podaje Facebook, aż 70 proc. użytkowników serwisu korzysta z jakiejś aplikacji przynajmniej raz w miesiącu.
Facebook zapowiedział już, że podejmie kroki, by "drastycznie ograniczyć" możliwości wykorzystania informacji o użytkownikach przez zewnętrzne firmy. Po poprzedniej interwencji "WSJ" zablokował reklamodawcom możliwość podejrzenia, który użytkownik Facebooka kliknął w reklamę. Po śledztwie kanadyjskiego inspektora ochrony danych osobowych, ograniczył zakres danych, które aplikacje mogą "wyciągać" od użytkownika.
http://wyborcza.pl/1,75477,8532826,Dziu ... booku.html
-

fatemeh - Posty: 321
- Rejestracja: Pon Paź 27, 2008 9:06 pm
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez Indra » Wto Paź 19, 2010 7:21 pm
To ja dodam, ze nie nalezy sie rejestrowac na liscie wyborcow, bo do tych informacji ma kazdy dostep, kto uisci oplate wcale nie tak wysoka. Any registered?
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, ze muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, ze chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.
-

Indra - Posty: 781
- Rejestracja: Wto Paź 07, 2008 11:21 am
Re: Kto nam skradł odciski palców
przez fatemeh » Wto Paź 19, 2010 7:47 pm
Indra napisał(a):To ja dodam, ze nie nalezy sie rejestrowac na liscie wyborcow, bo do tych informacji ma kazdy dostep, kto uisci oplate wcale nie tak wysoka. Any registered?
O ile wiem moze zastrzec dane - nie pojawia sie one w tzw. "edited register", ktorey sluzy m.in. do celow marketingowych:
The edited version of the Register of Electors leaves out the names and addresses of electors who have asked for them to be excluded from this version of the Register, and it may be purchased by anyone for any purpose, including direct marketing.
Zastrzec dane mozesz na formularzu, ktory otrzymujesz od councilu (Details of the people living at this address on [date]).
-

fatemeh - Posty: 321
- Rejestracja: Pon Paź 27, 2008 9:06 pm
43 posty(ów)
• Strona 1 z 5 • 1, 2, 3, 4, 5
Kto jest na forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości
