Monday, 6th February 2012

Wielka Brytania: cięcia, jakich jeszcze nie było

We Francji burzliwe uliczne protesty wywołała zapowiedź podniesienia wieku emerytalnego do 62 roku życia z 60. W Wielkiej Brytanii, gdzie ogłoszono największe od 1918r. cięcia rządowych wydatków na sumę 81 mld funtów, ze spokojem przyjęto wiadomość o opóźnieniu przejścia na emeryturę mężczyzn i kobiet do 66 roku życia.

Powodem jest nie tylko odmienny narodowy temperament, ale także to, że w Wlk. Brytanii ogłoszenie cięć poprzedziło wielomiesięczne sterowanie oczekiwaniami opinii publicznej. Przed ogłoszeniem cięć wieści były tak hiobowe, że gdy zamiast hiobowych okazały się tatarskie przyjęto je z pewną ulgą.

Ogłaszając o nich minister finansów George Osborne opakował liczby, dane i wskaźniki w apokaliptyczne ostrzeżenia przed niemożliwym do utrzymania na dłuższą metę deficytem strukturalnym sięgającym 83 mld funtów i kosztami obsługi narodowego długu na poziomie 842,9 mld funtów, (57,2 proc. PKB) pochłaniającymi 43 mld funtów rocznie.

Ze wszystkich liczb największe wrażenie zrobiło 490 tys. Tyle pracowników budżetówki (jeden na dwunastu zatrudnionych) straci pracę w okresie 4 lat w wyniku redukcji rządowych wydatków mających na celu usunięcie strukturalnego deficytu budżetu. Średnia redukcji resortowych wydatków wynosi 19 proc., choć jest niższa w przypadku resortu obrony (8 proc). Przed cięciami obroniły się oświata, nauka, zdrowie i pomoc zagraniczna. Na niektórych resortach cięcia wymuszą zmianę modelu działania. MSZ-et np. przekształci się zasadniczo w agencję promocji brytyjskiego eksportu i przyciągania zagranicznych inwestycji. Wszystkie ministerstwa opublikują w listopadzie biznesplan określające plan cięć i sposoby ich osiągnięcia w okresie 4 lat.

490 tys. do zwolnień przy liczbie bezrobotnych sięgającej 2,5 mln to ok. 20 proc. Spora część zwolnień w administracji publicznej i budżetówce będzie miała charakter dobrowolny. Niektórzy skuszą się na odprawy, inni skorzystają z możliwości wczesnego przejścia na emeryturę, ale zwolnienia na tak dużą skalę przełożą się też na redukcję zatrudnienia w sektorze prywatnym w firmach realizujących zamówienia dla budżetówki i administracji. Wielką niewiadomą jest to, czy zwolnienia nie zaszkodzą ożywieniu gospodarki (niektórzy już teraz obawiają się negatywnego wpływu np. na rynek nieruchomości), a także i to, czy sektor prywatny będzie się rozwijał na tyle prężnie, by wchłonąć zwalnianych pracowników sektora publicznego. Gwarancji nie ma. Z tych powodów Osborne bywa porównywany do hazardzisty. Zastrzeżenia budzi też moment, w którym ogłoszono cięcia. Po bardzo dobrym II. kwartale, gdy gospodarka wzrosła o 1,2 proc., w III przewiduje się ok. 0,5 proc. Ekonomiczny noblista Joseph Stiglitz sądzi, że brytyjska gospodarka nie potrzebuje cięć, lecz nowego pakietu stymulacyjnego.

Według Osborne’a cięcia są niezbędne, ponieważ Partia Pracy odsunięta od władzy po 13 latach pozostawiła po sobie bałagan finansów publicznych. Sytuację ma uzdrowić zestaw cięć obliczonych na 4 lata (do 2015 r.), czyli do końca obecnej kadencji parlamentu, obejmujących m. in. redukcję wydatków na świadczenia socjalne o 7 mld funtów w dodatku do 11 mld ogłoszonych w czerwcu, podwyżkę biletów kolejowych (30 proc. w okresie 4 lat), redukcję pieniężnych transferów z budżetu centralnego dla uniwersytetów, muzeów, galerii, lokalnych samorządów. W tym ostatnim przypadku o 7,1 proc. rocznie. Pracownicy budżetówki będą musieli płacić więcej na fundusz emerytalny. Wydatki na policję będą zmniejszane o 4 proc. rocznie (14 proc. łącznie). Różne zasiłki i zapomogi zostaną scalone w jeden, co ma uprościć system i zapobiec wyłudzaniu nie należnych świadczeń.

Dzień wcześniej premier David Cameron ogłosił o cięciach w obronności. Z użytku z natychmiastowym skutkiem, o cztery lata wcześniej niż planowano wycofany zostanie lotniskowiec HMS Ark Royal, w 1981 r. zaangażowany w konflikcie falklandzkim. Stacjonujące na nim wielozadaniowe myśliwce pionowego startu i lądowania Harrier trafią na złom w najbliższym roku. Program budowy nowego, ulepszonego samolotu rozpoznania radioelektronicznego Nimrod nie będzie kontynuowany. Oznacza to zamknięcie dwóch baz RAF-u w płn. Szkocji. Armia straci 405 czołgów i ciężkich dział (ok. 40 proc. stanu), zaś marynarka wojenna cztery fregaty i niszczyciele. Modernizacja pocisków balistycznych Trident zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej wystrzeliwanych z okrętów podwodnych klasy Vanguard będzie opóźniona o co najmniej 5 lat, co oznacza, iż zaczną być modernizowane najwcześniej w 2016 r., jeśli przyszły rząd podejmie stosowne decyzje.

Przez 5 lat brytyjska marynarka będzie bez  lotniskowca. Rząd potwierdził plany budowy dwóch nowych HMS Queen Elizabeth II oraz HMS Prince of Wales o wyporności 65 tys. ton każdy, ale częściowo dlatego, iż odwołanie budowy byłoby bardziej kosztowne niż kontynuowanie. Pierwszy z nich ma być oddany do użytku w 2016 r. Drugi w trzy lata później. Wówczas pierwszy z lotniskowców stanie się  tzw. „zakonserwowaną rezerwą materiałową”, by nie trzeba było ponosić kosztów jego eksploatacji.
Docelowo ma być sprzedany. Osobną kwestią jest wyposażenie obu okrętów w samoloty. Mają to być kosztowne Typhoony (eurofightery) i amerykańskie JSF (Joint Strike Force), ale na pokładzie lotniskowców będą rozmieszczone dopiero od 2020 r. Do tego czasu lotniskowiec będzie woził helikoptery. Z lotniskowców po ich technicznym dostosowaniu będą mogły korzystać samoloty francuskie i amerykańskie. Pracę w marynarce, lotnictwie i armii straci 17 tys. personelu, a w ministerstwie obrony 25 tys. cywilów.

Z cięć wyłoni się nowy model nie tylko armii, ale  państwa, w którym na nowo określona zostanie rola rządu nie tylko w zakresie świadczeń socjalnych, ale także bardziej świadomego własnych ograniczeń. Przedtem jednak nastąpi sądny dzień, gdy procentowe cięcia przełożą się na działania wykonawcze i siłę nabywczą ludzi. Za najtrudniejsze do przeprowadzenia uchodzą cięcia wydatków lokalnych władz samorządowych, z których korzystają wszyscy, ale najbardziej najubożsi. Pod hasłem ich utrzymania i obrony najuboższych mobilizują się związki zawodowe zapowiadające skoordynowaną akcję. Czy przykład Francji okaże się zaraźliwy? Nie musi. W odróżnieniu od francuskich, brytyjskie związki zawodowe są słabe, mają przeciwko sobie media i nie ma pewności, czy ich akcja spotka się ze zrozumieniem opinii publicznej nie mówiąc o poparciu.

Za to przed karą wybroniły się banki. Nowy podatek, który zostanie na nich nałożony od stycznia 2011 r. to ledwie 0,04 proc. ich ogólnego zestawienia finansowego (w dalszych latach 0,07 proc.). Publicysta „Independenta” Jonathan Hari zauważył, że 7 mld funtów, które bankierzy wypłacili sobie w ostatniej rundzie premii to tyle samo, co ogólna suma cięć świadczeń socjalnych ogłoszona przez Osborne’a. Za kryzys bankowości zapłacą najubożsi, którzy go nie wywołali. „Na kogo, by nie głosować, w ostatecznym rozrachunku zawsze wygrywa rząd” – głosi jedna z angielskich życiowych mądrości. Tak też było i tym razem. Rząd wygrał, a Osborne nie omieszkał rozegrać swej atutowej karty – gdyby u władzy pozostali laburzyści, to średnia cięć w resortach rządowych wyniosłaby 20 proc. zamiast 19 proc. – ostrzegł.
Osbornowi należy więc podziękować za to, że jest łagodniejszym cutem.

Margaret Thatcher, która rozprawiła się ze związkami zawodowymi w latach 80. na krótko przed ogłoszeniem cięć przez Osborne’a poczuła się źle, nie przyszła na przyjęcie urodzinowe wydane na jej cześć na Downing Street i zatrzymano ją w szpitalu na badaniach. Po ogłoszeniu cięć media doniosły, że nastrój jej się wyraźnie poprawił. Nazwano go nawet „szczebiotliwym”. U kogoś, kto właśnie skończył 85 lat jest to nie byle co.

elondyn.co.uk

Wizerunek polskich imigrantów w brytyjskich mediach

W tym numerze przedstawiamy kolejną część projektu zrealizowanego przez Polską Szkołę imienia Adama Mickiewicza w Enfiled, sponsorowaną przez Heritage Lottery Fund.

Jest to zbiór artykułów na temat polskich emigrantów z najbardziej popularnych tygodników i dzienników brytyjskich jak również publikacji internetowych oraz programów telewizyjnych.

Pierwszy odnaleziony artykuł pochodzi z gazety, która ukazała się 19 kwietnia 1940 roku. Mówi on o hrabim Balińskim, jednym z 300 uchodźców z Polski, który bierze udział w spotkaniu zorganizowanym przez Kościół Winchmore Hill. Głównym zagadnieniem zebrania było „zdemoralizowanie Niemiec” i fakt jak byliśmy uciskani i ograniczani przez ten naród.

Baliński wyraził podziękowania dla Wielkiej Brytanii za to, że dała jemu, jego żonie i dzieciom schronienie, mówiąc: „Straciłem wszystko, co, miałem, ale nadal jestem w stanie oddychać wolnością i swobodą. Nigdy nie zapomnę ducha prawdziwej ludzkości Brytyjczyków.”
8 listopada, tego samego roku ukazuje się artykuł o tytule „Polish expression of thanks”, który opisuje, z jaką wdzięcznością lokalny szpital spotkał się ze strony polskiego pacjenta. „Nie mogę przegapić okazji, by wyrazić mój największy podziw i moją wdzięczność dla sióstr i pielęgniarek za ich uprzejmość i odwagę. Widziałem, z jakim współczuciem i troską traktowały pacjentów, jak starały się odgadywać ich potrzeby i uwzględniać ich prośby.” Autor listu kontynuuje pochwały dla pielęgniarek i lekarzy. Nie może nadziwić się temu, że kiedy Londyńczycy idą już spać, te biedne kobiety „niechronione w żaden sposób, kontynuują wspaniałą pracę z niezachwianym spokojem i niezrównaną odwagą.” Na koniec pada zdanie: „Wielka Brytania powinna być dumna, że ma takich obywateli.” W późniejszych wydaniach gazety The Palmer Green and Southgate Gazzete nie odnaleziono jednak żadnej odpowiedzi na ten list.

Z pewną ironią skierowaną wobec Polaków w artykule Enfield Weekly Herald z dnia 25 lipca 1947 czytamy, że pan F. West – reprezentant lokalnych piekarzy – przemówił na spotkaniu Wood Green i Southgate Employment Committee. Wyrażając swoją negatywną opinię na temat zatrudnienia Polaków, spotkał się z opozycją prezesa Roberta Granta, który utrzymywał, że taka taktyka nie będzie akceptowana, gdyż decyzja o ich najmowaniu do pracy była podjęta przez Ministerstwo.

Pan West mimo wszystko kontynuował swoją mowę: ,„Jeśli kiedykolwiek miałeś kontakt z nimi tak jak ja, nie chciałbyś ich zatrudniać w jakimkolwiek biznesie. Ich przyzwyczajenia są ohydne a do tej pory spotkałem wielu Polaków, ale nie więcej niż dwóch można nazwać człowiekiem.” Jednak to jeszcze nie koniec, gdyż Pan West przytacza momenty ze swojego życia, w których to spotkał Polaków, mówiąc: „Kiedyś będąc w Blackpool mogłem z łatwością powiedzieć gdzie są Polacy, ponieważ – bez wyolbrzymiania – mogłem czuć ich zapach na mile. Pan West twierdzi, że jak najbardziej jest za tym, żeby wspierać uchodźców, ale „Polacy są dla nas większym zagrożeniem na czarnym rynku niż nawet nasze własne nieroby.” Jak podaje gazeta Pan West spotkał się również z aprobatą Pani Bolster, która dodała: „Dobrzy Polacy byliby we własnym kraju.”

Życie dla innych – lata dziewięćdziesiąte

Podczas poszukiwań lokalnej prasy odnaleziono krótka wzmiankę z lat dziewięćdziesiątych dotyczącą tylko jednej osoby – Henryka Baranowskiego, który przez całe życie dotrzymywał złożonej Bogu przysięgi, pomagając nieszczęśliwym dzieciom. Oto pierwszy artykuł ukazuje się 22 listopada 1990 roku w Enfield Gazette i mówi o pracownikach socjalnych, którzy spotykają się z papieżem. „Pracownicy Winchmore Hill zostali rozpoznani przez papieża za ich oddanie wobec poszkodowanych i niepełnosprawnych dzieci.” Henryk Baranowski i jego żona Gladys zostali zaproszeni przez Jana Pawła II na prywatną audiencję do Watykanu. Celem Baranowskiego było wyremontowanie 200 letniego pałacu w Luberadzu, koło Warszawy i utworzenia tam szkoły muzycznej dla niewidomych dzieci. Sam zdołał kupić pałac, co ustanowiło go pierwszym właścicielem tej posiadłości od czasu, kiedy komuniści przejęli ją po drugiej wojnie światowej. Z artykułu wydanego 18 listopada 1993 roku w tej samej gazecie dowiadujemy się, że Baranowski osiągnął swój cel i wraz z księciem Kent pojechali do Polski na otwarcie szkoły. Projekt został zrealizowany dzięki ogromnej pomocy Brytyjczyków. „Polish war ace dies on the brink of his lifetime dream” – tak brzmi tytuł kolejnego artykułu wydanego dnia 10 lutego 1994 roku. Tydzień wcześniej Henryk Baranowski umiera na zawał serca mając 78 lat, a razem z nim niepohamowany charakter, bohater i oddany dzieciom człowiek.

Mała Polska na Wyspach – okres od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej

Oto pierwsze spostrzeżenia po naszym „najeździe”, jakie ukazały się w brytyjskiej prasie: „Imigranci ze wschodu łatwo się dostosowują do otoczenia, szybko uczą sie języka angielskiego i przechodzą niezauważeni. Nie wydaje się, żeby chcieli nas zabić i pracują jak Trojanie za jakąkolwiek stawkę” – zauważa The Times.

Tony Parsons z The Mirror kontynuuje pochwały w artykule wydanym 24 lipca 2006 roku pisząc: „Polacy są najbardziej lubiani w Europie – przyjacielscy, ciężko pracujący i kochający wolność.” Profesor John Salt z Uniwersytetu Londyńskiego mówi: „to największa pojedyncza fala imigracyjna, jakiej kiedykolwiek doświadczyły Wyspy Brytyjskie.”

Po ekscytacji zaczął się jednak okres pytań. Pytań typu: „Jak wielu zagranicznych pracowników potrzebujemy? W jakim stopniu ta masowa imigracja, nawet, jeśli jest dobra dla naszej ekonomii, obciąży naszą pomoc socjalną? W sierpniowym wydaniu The Mirror odnajdujemy słowa ministra Home Office Tony’ego McNulty: Nie znajdziesz Brytyjczyka, który ustawia się w kolejce po prace typu łamanie kości albo czyszczenie ryb. Wydaje się zachwycony faktem, że dzięki nam są w stanie wypełnić „dziury w zatrudnieniu, które nie będą zapełnione przez brytyjską populację.”

„Prawda po polsku; ekskluzywne 6 funtów na godzinę 14 godzin dziennie… siedem dni w tygodniu – tak wygląda życie pracowników ze wschodniej Europy, którzy przyjechali do naszych miast” – oto nagłówek artykułu The Mirror z 26 sierpnia 2006 roku. A jak nas spostrzegano? „Po pierwsze noszą plecaki na ramionach, większość z nich pali skręcane papierosy. Inni, trzymając ręce głęboko w kieszeniach obserwują wszystkie „vany” przejeżdżające dookoła” – pisze gazeta.

Autor reportażu w magazynie Newsweek, z 6 sierpnia 2006 roku, rozpoczyna tymi słowami: „Zmiana kursu w brytyjskiej prasie. Do tej pory polski imigrant był uczciwy i pracowity. Dziś: pijak, zadymiarz i pirat drogowy” – takie słowa padają w angielskiej prasie, a tym samym burzą one mit sielankowego obrazu pracowitego Polaka. Oto pewna historia opisana na łamach The Telegraph przez Sebastiana Cresswell
- Turnera brytyjskiego dziennikarza. „Rozstałem się z dziewczyną, musiałem się wyprowadzić z mieszkania, a w dodatku straciłem robotę. Sprzątając ulice w południowym Londynie, żeby zdobyć kilka funtów na chleb, zastanawiałem się, czy coś gorszego może mnie jeszcze spotkać. Mogło – przekonałem się o tym, gdy zamieszkałem w domu wynajmowanym przez imigrantów z Polski. W holu zawsze stało co najmniej 20 par brudnych adidasów, a z kuchni ciągle dochodził zapach gotowanej kapusty” – tak opisuje Cresswell swoją trwającą pół roku gehennę, gdy dzielił dach nad głową z kilkunastoma przybyszami znad Wisły. „Cały czas siedzą w domu, nie mają angielskich przyjaciół, nie chodzą do kina ani restauracji. Mają fioła na punkcie oszczędzania” – wylicza jednym tchem. Współlokatorzy dziennikarza tylko w jednym przypominali Brytyjczyków – nie żałowali na alkohol. Ale zamiast pic piwo w pubie, organizowali całonocne, wódczane libacje. „Nie płacą rachunków, popadają w długi. A gdy trzeba je spłacić, znikają bez śladu. I szukają wiatru w polu” – kończy Cresswell pesymistyczny opis.

Ten felieton był pierwszą bruzdą na idyllicznym obrazie polskich imigrantów, których brytyjskie media chwaliły wcześniej za pracowitość i uczciwość. Jednak realny potok zarzutów pod adresem Polaków i innych krajów Europy Wschodniej ruszył za sprawą dwóch raportów sporządzonych przez rząd i Partię Konserwatywną. Wynika z nich, że nowi imigranci, przede wszystkim Polacy, marnotrawią zamożność rdzennych Brytyjczyków i paraliżują ich wygodne dotąd życie: wszczynają bójki w parkach, powodują wypadki drogowe, a nawet przyczyniają się do wzrostu liczby rozwo
z niezachwianym spokojem i niezrównaną odwagą.” Na koniec pada zdanie: „Wielka Brytania powinna być dumna, że ma takich obywateli.” W późniejszych wydaniach gazety The Palmer Green and Southgate Gazzete nie odnaleziono jednak żadnej odpowiedzi na ten list. Z pewną ironią skierowaną wobec Polaków w artykule Enfield Weekly Herald z dnia 25 lipca 1947 czytamy, że pan F. West – reprezentant lokalnych piekarzy – przemówił na spotkaniu Wood Green i Southgate Employment Committee. Wyrażając swoją negatywną opinię na temat zatrudnienia Polaków, spotkał się z opozycją prezesa Roberta Granta, który utrzymywał, że taka taktyka nie będzie akceptowana, gdyż decyzja o ich najmowaniu do pracy była podjęta przez Ministerstwo.
Pan West mimo wszystko kontynuował swoją mowę: ,„Jeśli kiedykolwiek miałeś kontakt z nimi tak jak ja, nie chciałbyś ich zatrudniać w jakimkolwiek biznesie. Ich przyzwyczajenia są ohydne a do tej pory spotkałem wielu Polaków, ale nie więcej niż dwóch można nazwać człowiekiem.” Jednak to jeszcze nie koniec, gdyż Pan West przytacza momenty ze swojego życia, w których to spotkał Polaków, mówiąc: „Kiedyś będąc w Blackpool mogłem z łatwością powiedzieć gdzie są Polacy, ponieważ – bez wyolbrzymiania – mogłem czuć ich zapach na mile. Pan West twierdzi, że jak najbardziej jest za tym, żeby wspierać uchodźców, ale „Polacy są dla nas większym zagrożeniem na czarnym rynku niż nawet nasze własne nieroby.” Jak podaje gazeta Pan West spotkał się również z aprobatą Pani Bolster, która dodała: „Dobrzy Polacy byliby we własnym kraju.”

Życie dla innych – lata dziewięćdziesiąte
Podczas poszukiwań lokalnej prasy odnaleziono krótka wzmiankę z lat dziewięćdziesiątych dotyczącą tylko jednej osoby – Henryka Baranowskiego, który przez całe życie dotrzymywał złożonej Bogu przysięgi, pomagając nieszczęśliwym dzieciom. Oto pierwszy artykuł ukazuje się 22 listopada 1990 roku w Enfield Gazette i mówi o pracownikach socjalnych, którzy spotykają się z papieżem. „Pracownicy Winchmore Hill zostali rozpoznani przez papieża za ich oddanie wobec poszkodowanych i niepełnosprawnych dzieci.” Henryk Baranowski i jego żona Gladys zostali zaproszeni przez Jana Pawła II na prywatną audiencję do Watykanu. Celem Baranowskiego było wyremontowanie 200 letniego pałacu w Luberadzu, koło Warszawy i utworzenia tam szkoły muzycznej dla niewidomych dzieci. Sam zdołał kupić pałac, co ustanowiło go pierwszym właścicielem tej posiadłości od czasu, kiedy komuniści przejęli ją po drugiej wojnie światowej. Z artykułu wydanego 18 listopada 1993 roku w tej samej gazecie dowiadujemy się, że Baranowski osiągnął swój cel i wraz z księciem Kent pojechali do Polski na otwarcie szkoły. Projekt został zrealizowany dzięki ogromnej pomocy Brytyjczyków. „Polish war ace dies on the brink of his lifetime dream” – tak brzmi tytuł kolejnego artykułu wydanego dnia 10 lutego 1994 roku. Tydzień wcześniej Henryk Baranowski umiera na zawał serca mając 78 lat, a razem z nim niepohamowany charakter, bohater i oddany dzieciom człowiek.

Mała Polska na Wyspach – okres od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej
Oto pierwsze spostrzeżenia po naszym „najeździe”, jakie ukazały się w brytyjskiej prasie: „Imigranci ze wschodu łatwo się dostosowują do otoczenia, szybko uczą sie języka angielskiego i przechodzą niezauważeni. Nie wydaje się, żeby chcieli nas zabić i pracują jak Trojanie za jakąkolwiek stawkę” – zauważa The Times.
Tony Parsons z The Mirror kontynuuje pochwały w artykule wydanym 24 lipca 2006 roku pisząc: „Polacy są najbardziej lubiani w Europie – przyjacielscy, ciężko pracujący i kochający wolność.” Profesor John Salt z Uniwersytetu Londyńskiego mówi: „to największa pojedyncza fala imigracyjna, jakiej kiedykolwiek doświadczyły Wyspy Brytyjskie.”
Po ekscytacji zaczął się jednak okres pytań. Pytań typu: „Jak wielu zagranicznych pracowników potrzebujemy? W jakim stopniu ta masowa imigracja, nawet, jeśli jest dobra dla naszej ekonomii, obciąży naszą pomoc socjalną? W sierpniowym wydaniu The Mirror odnajdujemy słowa ministra Home Office Tony’ego McNulty: Nie znajdziesz Brytyjczyka, który ustawia się w kolejce po prace typu łamanie kości albo czyszczenie ryb. Wydaje się zachwycony faktem, że dzięki nam są w stanie wypełnić „dziury w zatrudnieniu, które nie będą zapełnione przez brytyjską populację.”
„Prawda po polsku; ekskluzywne 6 funtów na godzinę 14 godzin dziennie… siedem dni w tygodniu – tak wygląda życie pracowników ze wschodniej Europy, którzy przyjechali do naszych miast” – oto nagłówek artykułu The Mirror z 26 sierpnia 2006 roku. A jak nas spostrzegano? „Po pierwsze noszą plecaki na ramionach, większość z nich pali skręcane papierosy. Inni, trzymając ręce głęboko w kieszeniach obserwują wszystkie „vany” przejeżdżające dookoła” – pisze gazeta.
Autor reportażu w magazynie Newsweek, z 6 sierpnia 2006 roku, rozpoczyna tymi słowami: „Zmiana kursu w brytyjskiej prasie. Do tej pory polski imigrant był uczciwy i pracowity. Dziś: pijak, zadymiarz i pirat drogowy” – takie słowa padają w angielskiej prasie, a tym samym burzą one mit sielankowego obrazu pracowitego Polaka. Oto pewna historia opisana na łamach The Telegraph przez Sebastiana Cresswell – Turnera brytyjskiego dziennikarza. „Rozstałem się z dziewczyną, musiałem się wyprowadzić z mieszkania, a w dodatku straciłem robotę. Sprzątając ulice w południowym Londynie, żeby zdobyć kilka funtów na chleb, zastanawiałem się, czy coś gorszego może mnie jeszcze spotkać. Mogło – przekonałem się o tym, gdy zamieszkałem w domu wynajmowanym przez imigrantów z Polski. W holu zawsze stało co najmniej 20 par brudnych adidasów, a z kuchni ciągle dochodził zapach gotowanej kapusty” – tak opisuje Cresswell swoją trwającą pół roku gehennę, gdy dzielił dach nad głową z kilkunastoma przybyszami znad Wisły. „Cały czas siedzą w domu, nie mają angielskich przyjaciół, nie chodzą do kina ani restauracji. Mają fioła na punkcie oszczędzania” – wylicza jednym tchem. Współlokatorzy dziennikarza tylko w jednym przypominali Brytyjczyków – nie żałowali na alkohol. Ale zamiast pic piwo w pubie, organizowali całonocne, wódczane libacje. „Nie płacą rachunków, popadają w długi. A gdy trzeba je spłacić, znikają bez śladu. I szukają wiatru w polu” – kończy Cresswell pesymistyczny opis.
Ten felieton był pierwszą bruzdą na idyllicznym obrazie polskich imigrantów, których brytyjskie media chwaliły wcześniej za pracowitość i uczciwość. Jednak realny potok zarzutów pod adresem Polaków i innych krajów Europy Wschodniej ruszył za sprawą dwóch raportów sporządzonych przez rząd i Partię Konserwatywną. Wynika z nich, że nowi imigranci, przede wszystkim Polacy, marnotrawią zamożność rdzennych Brytyjczyków i paraliżują ich wygodne dotąd życie: wszczynają bójki w parkach, powodują wypadki drogowe, a nawet przyczyniają się do wzrostu liczby rozwodów. Przez nich przepełnione są i szkoły, i szpitale.
„Fala migracji wymknęła się spod kontroli” – ostrzegała chodliwa bulwarówka The Sun. Inna gazeta, Daily Mail, publikując w tekście „Katastrofa imigracyjna” dyskretny raport, który wyciekł z ministerstwa spraw wewnętrznych, pisała, że Europejczycy ze Wschodu zapełniają schroniska dla bezdomnych. Samorządy zaczynają domagać się milionów funtów na opłacenie armii dodatkowych nauczycieli angielskiego, a w kolejnych miastach rośnie niechęć do tanich robotników z Europy Wschodniej, którzy odbierają miejsca pracy miejscowym.
Rok 2007 jest pod znakiem jednego pytania: ILE? Ile zarabiają Polacy? Ile wywożą pieniędzy do Polski? Ile korzyści z zapomóg są w stanie wyciągnąć?
W czerwcu 2007 roku na stronach Mail Online pojawia się kilkustronicowy artykuł na temat tego, że Polscy imigranci zabierają £1bn z brytyjskiej ekonomii. Oprócz tego obliczył, że byliśmy w stanie wysłać prawie bilion funtów i to tylko w pierwszych trzech miesiącach 2007 roku, biorąc pod uwagę tylko jednego pośrednika – Western Europe.
Niewielkie miasteczko Millfield kolo Peterborough w ciągu 5 lat przekształciło się w coś na kształt warszawskiego przedmieścia. Mieszkają tam młodzi ludzie, głównie Polacy, gnieżdżąc się razem w małym pokoiku za 80 funtów tygodniowo. Mówi się, że nawet po piętnaście osób żyje w 3 pokojowym mieszkaniu. „To są dobrzy pracownicy, cieszę się, że tu są ” – powiedział jeden z farmerów. „Lata temu, tego rodzaju prace były wykonywane przez podróżników, ale ja wolę jak wykonują ją nowo przybyli. Nie sprawiają problemów.” Niestety zdania mieszkańców tego miasta są podzielone: „Imigranci sprawili, że atmosfera się napięła i stwarzają problemy. Wszystko było dobrze do czasu, kiedy zaczęli przyjeżdżać Polacy” – mówią inni. „Piją za dużo i biją się, choć zazwyczaj tylko między sobą. Występuje także prostytucja. Niestety Millfield zmienił się dramatycznie.” Mieszkańcom zaczęły przeszkadzać takie rzeczy jak: reklamy polskiego piwa w sklepach czy pracownice salonów piękności, które mówią łamaną angielszczyzną. Relacje jak ta odnajdujemy w wydaniu The Telegraph z dnia 20 września 2007. Jest to jeden z wielu przykładów na sprzeczne opinie na nasz temat. Ciągle jesteśmy tematem sporu, ciągle nie wiadomo czy przynosimy więcej szkody czy korzysci.
Niektóre gazety (The Times, The Guardian, The Mirror) poświęciły nam kilka artykułów na temat naszej kuchni i narodowych przysmaków. Okazuje się, że nie tylko gospodarczo, ale również kulinarnie zakorzeniliśmy się na Wyspach. Praktycznie już w każdym ze sklepów możemy odszukać sektor, w którym jest półka z naszymi rodzimymi przysmakami. Sami Polacy jednoznacznie twierdzą, że jest to bardzo pomocne i miłe ze względu na to, że jednak nasza kuchnia bardzo różni się od brytyjskiej i nie zawsze jest możliwość kupienia pewnych półproduktów – podaje The Times. Powstał też kult polskiego piwa. Obliczono, że eksport naszego rodzimego złotego napoju wzrosło ponad 8 milionów litrów, a krajami docelowymi jest właśnie Wielka Brytania i Irlandia.
Nie licząc przyswajania sobie obcego języka okazuje się też, że jesteśmy całkiem nieźli z wiedzy na temat historii Wielkiej Brytanii. The Mirror, z dnia 14 stycznia 2008, ujawnia tajemnice przeprowadzonego egzaminu. „Polacy uzyskali najlepsze wyniki w teście z wiedzy o Brytanii – wymiatając Brytyjczyków.” W teście brali udział również przedstawiciele krajów, takich jak Finlandia, Szwecja, Niemcy czy Nowa Zelandia.
Oprócz fascynacji językiem i historią jest jeszcze ktoś, o kim warto wspomnieć. Jest to Tony Blair. Jeden na czterech Polaków przyznaje, że chciałby, żeby to właśnie on rządził ich krajem, nazywając go „outstanding statesman.” – według artykułu The Sun z dnia 31 maja 2008 roku. Były premier z pewnością zasłużył sobie na taką sympatię, po tym jak dla ponad miliona Polaków otworzył szeroko drzwi swojego kraju, oferując nam legalną pracę.

Jak widzą nas Brytyjczycy

Felietonistka The Times – Caitlin Moran – przyznaje, że niestety Brytyjczycy niewiele wiedzą o nas. Co znaczy niewiele? „Ciężko pracujecie, lubicie jeść kiszone ogórki, mieliście kiepską obronę podczas drugiej wojny światowej, polscy emigranci często jeżdżą białymi, używanymi samochodami. Lech Wałęsa, Układ Warszawski, ale na mapie mylę was z Danią albo Szwecją” – mówi. Oprócz tego okazuje się, że Polska jest postrzegana jako kraj biurokratów i religijnych fundamentalistów.

Michał Grapich z brytyjskiego Uniwersytetu Roehampton wyjaśnia, że „jeśli Wyspiarze z nas nie żartują, to znaczy, że nas nie znają.” Większość mieszkanców wie o nas jeszcze mniej, a jedynym żródłem informacji jest prasa, a ta prezentuje wiele sprzecznych obrazów Polski i jej mieszkanców. Największe zainteresowanie wzbudziliśmy w The Daily Mail – niestety ci pokazują nas w negatywnym świetle i tylko „czyhają na Boże Narodzenie, żeby rozpętać kampanię przeciwko tym strasznym Polakom, którzy łowią i zjadają nasze karpie.” Polak jest coraz częsciej postrzegany, jako czlowiek wykształcony, ambitny i dynamiczny. świetnie radzący sobie w londyńskim City i zdobywający laury na Oxfordzie. (…) A nasze dzieci dobrze sobie radzą w tutejszych szkołach” – dodaje Grapich. Jednak zdecydowanie góruje opinia, że jestesmy „pracusiami, można na nas polegać, chętnie pracujemy po godzinach, jesteśmy niedrodzy, a zarazem fachowi. Polski etos pracy jest w Wielkiej Brytanii niemal przysłowiowy.”

Po kilku bardzo owocnych latach dla wielu Polaków, którzy wzbogacili się i wykorzystali szansę, jaką dała im Wielka Brytania, nadszedł czas, kiedy cały świat popadł w recesje. Media zaczęły zauważać, że w tym ciężkim okresie wielu Polaków zdecydowało się na powrót do ojczyzny. Przykładem tego może być artykuł

The Telegraph z dnia 23 pażdziernika 2008 roku. Dziennikarz postanawia przyjrzeć się z bliska sytuacji i wybiera się na stację Victoria, skąd masowo odjeżdzają autokary do Polski. Wiele z nich to osoby, które przyjechały tu kilka lat temu by zarobić fortunę, jednak opuszczają ten kraj z pustymi kieszeniami. Inni jadą na urlop by odwiedzić swoje rodziny i zostawić im owoce swojej pracy. Harry de Quetteville opisuje: „rolki dwudziestofuntowych banknotów wepchnięte głęboko w kieszenie spodni albo ukryte w ogromnych walizkach wciśniętych w luk bagażowy. Ci z pewnością wrócą.”

W ostatniej części autor zastanawia się nad tym, co wnieśliśmy w brytyjską kulturę. Okazuje się, że bardzo dużo. Oczywiście oprócz tego, że zasililiśmy tutejszą ekonomię w takich sektorach jak budownictwo, opieka zdrowotna czy agrokultura, „what have the Poles done for us?” By nie stracić sensu i tego, co chciał przekazać autor zamieszczamy oryginał artykułu w języku angielskim: „We may find out as we try to build Olympic venues without them (…) For my suspicion is that if Seb Coe and his merry men have to go back to local efforts, all might not be well. “Olympic Stadium, guv? Yeah we can do that for you. No problem. When d’you wan’ it for? 2012? Ooh, guv. Note sure about that.” [Sound of sucking teeth] “I could probably get it done by 2035.”

Polacy zdecydowanie wpłynęli na kulturę i zachowanie. Autor cytuje wypowiedz Joerg Tittel z Polish Culture Institute, „Polska kultura oznacza ciężką pracę. Również rodzina i stosunki międzyludzkie są bardzo ważne. To jest o wiele mniej cyniczna społeczność niż tutejsza.” Z kolei profesor socjologii Paul Statham z Uniwersytetu w Bristolu dodaje: „Polski napływ był jak import pokolenia naszych rodziców do dzisiejszej Brytanii. Chodzi tu o wartości – masowy przyjazd ludzi z tradycjami, które tutaj się zadomowiły.” Profesor ten przekonuje, że Polacy zapoczątkowali taki trend kulturowy. Podsumowując, autor dziękuje nam za podtrzymanie ekonomii, ale przede wszystkim dziękuje za przypomnienie starych, dobrych czasów.

www.elondyn.co.uk

Brytyjczycy gruntownie reformują zasiłki

Dotychczasowy system zasiłków dla bezrobotnych w Wielkiej Brytanii ma ulec radykalnej reformie. Opublikowany właśnie rządowy dokument roboczy przewiduje nawet możliwość jego zupełnej likwidacji i zastąpienia znacznie prostszym i tańszym.

Minister pracy i emerytur, konserwatysta Iain Duncan Smith uważa, że dotychczasowy system zasiłków i ulg podatkowych jest absurdalnie złożony. Jak powiedział, pracownicy urzędów zatrudnienia muszą opanować 14 podręczników – ponad 8 tysięcy stron instrukcji, komu przysługuje jaki z 50 zasiłków. Sama administracja tego systemu kosztuje 3 i pół miliarda funtów rocznie, a koszt pomyłek i wyłudzonych zasiłków to co najmniej 5 miliardów.

Rządowy dokument proponuje więc skomasować wszystkie zasiłki dla dla 2,5 miliona bezrobotnych oraz dalszych 5 milionów osób pozostających poza rynkiem pracy, a których zasiłki utrzymują w bezczynności i ubóstwie. Aż 1,5 miliona z nich korzystało z zasiłków przez co najmniej 9 z minionych 10 lat.

Minister Iain Duncan Smith uznał, że to skandal, iż w Wielkiej Brytanii powstały getta bezrobocia, w których wzrastają kolejne pokolenia bez nadziei i aspiracji. Zapowiedział też taką reformę zasiłków, która będzie ludzi wynagradzać, a nie karać za podjęcie jakiegoś dodatkowego zajęcia.

money.pl


Pogoda w Leeds

Leeds West Yorkshire, England United Kingdom
06/02/2012, 08:08
Przeważnie pochmurno
Przeważnie pochmurno
2°C
odczuwalna: 1°C
aktualne ciśnienie: 103 mb
wilgotność: 100%
prędkość wiatru: 2 m/s WNW
Prognoza 07/02/2012
dzień
Przelotne zachmurzenie
Przelotne zachmurzenie
4°C
Prognoza 08/02/2012
dzień
Przelotne zachmurzenie
Przelotne zachmurzenie
4°C
 

Ostatnio na forum

Polskie radio online

Top